Od kilku dni jestem na tabletkach. Nie widze na razie żadnej różnicy ale podobno trochę trwa zanim zacznie wszystko działać.

Ostatnio jakoś mi ciężko. Z Agatą cały czas się kłócę, do tego stopnia że boję się już cokolwiek odzywać. Boję się pytać, nawet o pierdoły. Źle na mnie to wpływa wszystko. Nie mogę się wyluzować i przestać o tym myśleć. Widzę, że ja też ostatnio tylko ją stresuje, a nie chce żeby tak było. Ciężko mi się odzwyczaić od takich codziennych kontaktów – w końcu tak było od 8 lat więc ciężko to zmienić z dnia na dzień. Ona ma inne osoby wokół siebie, Gabi, Marcin, Daga. Więc ja nie jestem już niezbędnym elementem i poszłam w odstawkę. Potrzebna jestem tylko jak jest problem, coś trzeba pomóc, doradzić… Przykro mi z tego powodu. Muszę się z tym pogodzić i jakoś żyć dalej.

Co do tego też nie mam ochoty… tylko problemem jestem dla wszystkich, ciężarem , zbędnym balastem… Sprawiam tylko zawód na każdym kroku, przykrość, stres… więc jaki jest w tym sens?

J.

Kolejna sesja u psycho. Dostałam tabsy. Mam nadzieje że choć trochę pomogą mi wrócić do siebie. Chce się śmiać i uśmiechać. Tak o. Bez powodu. Cieszyć się z życia. Nie myśleć o tym czy zginę za 5 minut, za dzień dwa.

Dziś nawet nieźle poszło. Nie płakałam za wiele. Momentami tylko łzy same się cisnęły do oczu. Niewiele nowego się dowiedziałam o sobie. Muszę być trochę egoistką, żeby zawalczyć o swoje dobro. Brakuje mi Agaty – tęsknię za nią jak za siostrą. Nie ma czasu nawet kiedy pogadać. Zabiegana, zapracowana. Chciałabym jej jakoś pomóc ale jak? Dzisiaj coś wspomniała że M. ją wkurza. Ciekawe o co chodzi… może się dowiem jakoś niedługo kto wie. Widziałam też że się skumplowała z Markiem. Nie wiedziałam że aż tak. Ciekawe co i jak tam się rozwija. Może się uda w tygodniu coś posiedzieć i pogadać. Ostatni raz tak było w Rzeszowie – prawie 2 tygodnie temu. Kto to widział wcześniej taki okres bez spotkania… chyba nigdy tak jeszcze nie było… później się dziwić że tęskni mi się…

Eh.

J.

Kolejny dzień przede mną. Dużo myśli kłębi się w głowie – czy dam rade, czy poradzę sobie z życiem… Czy będę na tyle silna by dotrwać do jutra?

Ten weekend był ciężki – czarne myśli żeby coś sobie zrobić, skończyć ze sobą. Momentami mam ochotę podciąć sobie żyły, za chwile skoczyć z mostu, rozbić się na autostradzie zrobić wszystko by nie borykać się już z samą sobą.

Z Agatą też ostatnio ciężko mi się dogadać – niby jest ok, ale jedno pytanie z mojej strony za dużo i już czuję ten jej wzrok, przewracanie oczami… ciekawa jestem jak tam się im układa ale nie chce pytać żeby się nie denerwowała. Za Taszką mega tęsknię. Może jutro wpadnie na chwilę to się pobawimy.

Nie wiem czemu zawsze jak tu piszę to płaczę i później ciężko mi się uspokoić. W czwartek kolejne spotkanie z psycho. Chcę tabletki. Tzn. nie chcę ale muszę. Mam już dosyć tego że taka jestem. Ciągle smutna, przygnębiona, nic mnie nie cieszy, nic mnie nie bawi. Chciałabym żeby ktoś sam się mną zainteresował, zapytał co u mnie, pomógł, doradził. Jak patrze na Agate trochę jej zazdroszczę. Najbardziej uderza mnie jedno co mówi, że w końcu może na kogoś liczyć i ma wsparcie bo wcześniej tego nie miała – tak jakbym nigdy jej nie pomagała. Każdą resztką sił zawsze starałam się jak mogłam i tak jest do tej pory. No ale cóż… widocznie inaczej to odbieramy.

Monika ostatnio dobrze powiedziała: Lepiej dobrze zjeść niż być z byle kim.

J.

Niskie loty

Zmagam się z moim życiem jak mogę. Niby błahe problemy ale zatruwają mi głowę i myśli bez przerwy. Nawet pisząc teraz łzy same cisną się do oczu i nie mogę nad nimi zapanować. Chciałabym mieć wsparcie w kimś, budzić się z myślą że to będzie wspaniały dzień, że ktoś doceni to że jestem i zaakceptuje w 100% jaka jestem… Mam dosyć ciągłego patrzenia w lustro i wmawiania sobie że wszystko będzie dobrze, że dam radę. Nie mam już na to siły. Najlepiej dla wszystkich by było gdyby mnie nie było. Zniknęłabym z tego świata. Nie przeszkadzała nikomu. Nie zadawała pytań. Nie drążyła tematów. Tak by było najwygodniej. Coraz częściej nachodzą mnie te myśli, że świat beze mnie byłby piękniejszy, bardziej kolorowy. 

Znów nerwy mnie zżerają. Nie mogę spać. Cały czas w głowie kołacze mi myśl że jestem sama. Nie mam się do kogo pożalić, porozmawiać. Nie mogę nic jeść, pić. Nic nie wchodzi, a jeśli już to na siłę a i tak wszystko kończy się jak zwykle w tym samym miejscu. Długo tak nie pociągnę. Czekają mnie badania. Już widzę piękne wyniki i telefony z paniką z przychodni. Tak czasami się zastanawiam – może ja mam jakiegoś guza mózgu? tętniaka? Tak wszystko szybko się u mnie zmienia – nastroje, zachowania. Może to w tym tkwi przyczyna? A może po prostu za dużo ostrego dyżuru się naoglądałam. Pożyjemy, zobaczymy… (o ile pożyjemy) Jeszcze jest inna opcja – jestem nienormalna. Mam nie po kolei w głowie. Sama nie wiem…

Przykrość sprawia mi kiedy ktoś okłamuje mnie. Prosto w oczy. Bez wahania. Bez zastanowienia. Ktoś bliski komu myślałam że mogę zaufać w najdelikatniejszych sprawach, ale widocznie ona nie ufa mi. Agacior zakochana, zaślepiona – nie wiem. Szczera na pewno ze mną nie jest. Rozumiem to że ona ma jakąś swoją wizję związku, szanuję to jaka jest. Zawsze to akceptowałam choć nie powiem – czasami jak mi pojedzie to bardzo boli. Bardzo… Ostatnio widzę że zaszła w niej duża zmiana w stosunku do mnie. Nawet jak pytam wprost mimo, że doskonale znam odpowiedź – ona i tak jest inna niż powinna. Czy to takie straszne powiedzieć prawdę? Przyznać się że koleś u niej nocuje? Nic strasznego – normalna ludzka rzecz. Skąd wiem? Umiem kojarzyć fakty, wydaje mi się że jestem spostrzegawcza, nawet mały szczegół wpływa na ocenę sytuacji, danej chwili – niektórzy mogą to odbierać za zbyt dużą analizę tak jak Agacior ale ja zawsze tak miałam. Nie trzeba wcale niczego analizować, żeby wysunąć proste wnioski. Wystarczy połączyć puzzle w jedną całość i pyk – mamy obraz. Ona twierdzi, że będę ją oceniać. Prędzej cała ta sytuacja doprowadza do tego że oceniam jej zachowanie w stosunku do nie – ciągłe ściemnianie mi, kręcenie, reszta jest normalną koleją tym bardziej że nie mamy po 12 lat tylko jesteśmy dorosłymi ludźmi. Zaczynam się wtedy mocno zastanawiać jak często mi tak ściemnia. Przecież przyjaźń opiera się na szczerości – o ile dobrze pamiętam. Sama tyle razy mówiła, że woli wiedzieć prawdę niż kręcenie i owijanie w bawełnę. Sama zachowuje się totalnie inaczej. No cóż – nie pytam, nie drążę, nie zaczynam tematu. Za bardzo nerwowo na to wszystko reaguje mimo, że ja nie chcę nic złego. Normalne proste pytania. Cóż… będzie chciała to powie, nie to nie. Ale chciałabym żeby kiedyś powiedziała mi całą prawdę, co czuje, co myśli – jak siostra siostrze.

Chciałabym spełnić jakieś swoje marzenie…. lot balonem, skok z samolotu…. Największym marzeniem na chwilę obecną jest? Być normalna i szczęśliwa. Wesoła jak kiedyś, śmiejąca się z byle pierdoły. Chcę być taka jak byłam dawniej. Chciałabym też cofnąć czas, naprawić kilka sytuacji… niestety nie ma łatwo…

Byle przeżyć do rana….

J.

Samotność jest przykra. Nawet bardzo…

Człowiek zdaje sobie sprawę jak brak kontaktu z inną osobą zabiera mu jakąś część życia, sens istnienia. Zamyka nas na wszystko dookoła. Wpędza w ponury nastrój. Nasuwa dziwne ciemne myśli. Nie daje spokoju.

J.

 

Ten ostatni tydzień dużo mi dał. Tego i chyba trzeba było, wyrwać się z domu. Muszę przyśpieszyć remont. To nie znaczy oczywiście że jest u mnie świetnie. Są fazy – raz jest super ekstra, a za pół minuty jeden impuls i po wszystkim. Dół totalny.

Czuję się samotna. Nie mam znajomych, do kogo się odezwać. Agacior pochłonięta swoją nową znajomością, swój świat ma – czasami mam wrażenie że mówię do niej 3 razy to samo jak grochem o ścianę i w ogóle nie interesuje jej to co się u mnie dzieje, no ale co się dziwić. Ma do tego pełne prawo przecież. Dziewczyna ma inne sprawy na głowie teraz. Nowy chłop, nowi znajomi, nowe życie. Po co jej taka kula u nogi jak ja. Chociaż byłoby fajnie gdyby raz na jakiś czas to ona zapytała co u mnie, a nie za każdym razem ja…. Mega zazdroszczę, chociaż wiem że się nie powinno tego robić, że taka wesoła cały czas jest. Wiem oczywiście, że nie zawsze tak było, ale teraz wystarczy jej pół minuty rozmowy z M., jedna krótka wiadomość i już weselsza od razu.

Chciałabym być taka otwarta do innych jak ona, z każdym znajdzie wspólny temat, zagada. A u mnie blokada totalna. Nie mogę sobie poradzić z tym że nikomu nie ufam. Wszyscy z którymi do tej pory się trzymałam okazali się nie warci mojego zaangażowania. Zawsze kończyło się tak samo – jak przyszło co do czego, nie miałam na kogo liczyć. Zostawałam sama zdana na siebie. Zawsze wszyscy inni byli ważniejsi, impreza, znajomi itd. Nawet Lukas z którym tak się trzymałam, wiedział o mnie wszystko, ulotnił się z dnia na dzień. Jak kamień w wodę. Pisałam kiedyś do niego zero odzewu, maile odsyła z powrotem. Tak. Zdecydowanie brakuje mi wsparcia od kogoś.

Chyba pora zastanowić się poważnie czy warto dalej tak funkcjonować. Czy warto żyć….

J.

?

Czy ja na prawdę jestem taka zła i straszna? Agacior zdecydowanie mi nie ufa a nie wiem co mogę zrobić żeby to się zmieniło i było jak dawniej… Staram się jak mogę żeby nie pytać, nie mówić nic, nie komentować bo później rzuca focha albo się wkurza na mnie chociaż ja nie widzę powodu bo to nie jest w złej wierze.

Nie wiem co ja mogę zrobić żeby było jak kiedyś…

EDIT: heh czasami mam wrażenie że Agacior czyta tego bloga. Dziś trochę pogadałyśmy jak dawniej, o pierdołach o facetach itd. Fajnie tak se pogadać jak psiapsie. Podzieliła się trochę swoimi przemyśleniami i tym co tam u niej się dzieje. Nie wiem w sumie czemu ale na prawdę czuję się wtedy zdecydowanie lepiej. Mam wrażenie wtedy, że jest dalej taka jak kiedyś, że możemy sobie zaufać.

Mam nadzieję że tak będzie zawsze.

J.

Walczę.

Czasami zastanawiam się jaki jest sens istnienia. Całe życie próbujesz do czegoś dojść, zdobyć górę pieniędzy, szkolisz się, doskonalisz, szukasz nowych zajęć, pracy, gonisz za marzeniami i w sumie po co? I tak na każdego z nas przyjdzie pora, moment w którym straci wszystko…

 Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest umrzeć? We śnie, bezboleśnie, nagle znienacka w sekundzie, męczyć się i cierpieć dniami, latami… Dziś naszła mnie ta dziwna myśl nie dająca mi spokoju – jadąc autostradą, jakby to było roztrzaskać się na drodze, uderzyć w coś, zostać przygniecionym, zdmuchniętym z drogi. Czy człowiek coś wtedy czuje? O czym myśli? Czy rzeczywiście całe życie ma w tej jednej chwili przed oczami? Czy jest w ogóle czas na myślenie o czymkolwiek?

Ostatnie kilka dni śpię u Agaciora. Fajnie się wyrwać z domu ale z drugiej strony wiem że ma mnie już dość, mimo że głośno tego nie mówi – znam ją już trochę więc nie trudno się domyślić. Chyba pora wrócić chociaż wcale nie mam na to ochoty. Będzie mogła czuć się swobodnie, odpocząć w ciszy i spokoju. Ogólnie chyba muszę jej dać spokój na jakiś czas, odsunąć się na bok i nie zawracać głowy. Wiem doskonale, że jest zmęczona pracą, szkołą i ma dosyć mojego pierdolenia, sama mam go dosyć. Nie chce się jej już mnie słuchać nawet i komentować tego co mówię. Ma swoje nowe życie dziewczyna, pełne nowych ludzi, znajomych, bardziej rozrywkowe gdzie może się wyrwać z szarej rzeczywistości, a ja jej blokować nie chcę i obarczać pierdołami które siedzą mi w głowie. Nich korzysta z życia i cieszy się swoim szczęściem. Nie powiem, bo czuję się odrzucona, niepotrzebna, zbędny balast którego trzeba się pozbyć., ale widocznie tak ma być. Powoli się z tym godzę… powoli.

Czekam na wizytę u psycholog.  Póki co pomaga mi trochę pisanie tutaj, mogę wylać z siebie to co mi siedzi w tym pustym, głupim łbie. Dawno tego nie robiłam. Mam nadzieję, że to wszystko pomoże mi się ogarnąć , zebrać do kupy żebym mogła normalnie funkcjonować jak dawniej. Uśmiechać się bez powodu, cieszyć się z tego że żyję i jestem zdrowa.

Póki co walczę ile sił.

xoxo

J.

Changes

To był dobry dzień, a w sumie weekend. Wyspałam się – pierwszy raz od chyba 2 miesięcy. Niestety dziś bezsenność znów daje o sobie znać.

Śpię dziś u Sisty. Wróciła z wyjazdu, widzę że zadowolona. Cieszę się że jest szczęśliwa, że znalazła drugą połówkę, chłopa z którym się dogaduje, rozśmiesza ją, oby jak najdłużej ;)

Staram się nie dopytywać, nie chcę żeby się na mnie wkurzała. Jasne, że mnie ciekawi co i jak – jak każdego normalnego człowieka, ale zmieniłam podejście – będzie chciała to opowie. Może jutro, może za tydzień, rok.. a może i wcale – nie będę naciskać bo to nie ma sensu, tylko bariera się wtedy tworzy.

Zmiany – muszą wyjść na lepsze. Muszę walczyć z samą sobą. Chcę być taka jak dawniej, cieszyć się z byle pierdoły, śmiać się bez powodu.. Nie chcę zostać sama…

Chcę być szczęśliwa!

J.

Everybody lies…

Depresja nie sprzyja w prowadzeniu normalnego życia. Ciężko skoncentrować się na czymkolwiek kiedy po głowie snuje się tysiące myśli. Próbuję skupiać się na pozytywnych rzeczach, jednak zaraz za tym idzie 10 negatywnych.

Jest mi smutno, mam wrażenie że zostałam sama na świecie – bez przyjaciół, zdana na siebie. Nawet moja Sista jedyna najlepsza, nie mówi mi prawdy… ostatnia osoba po której bym się tego spodziewała mnie kłamie – tak naprawdę w bardzo błahej sprawie spotkania. Mówi że śpi, a ja widzę wychodząc ze sklepu jak wyjeżdża – oczywiście mogę się tylko domyślać gdzie. Po co ściemniać i oszukiwać – nic strasznego powiedzieć prawdę. Nie pierwszy i nie ostatni raz się z kimś widzi a idzie w zaparte że odsypia. Szczerze mówiąc bardziej by mnie zdziwiło to jakby się nie spotkała z M. niż to że do niego jedzie. Wiem że się dograli idealnie – z tego co opowiadała pasują do siebie super. Kto by pomyślał, że są tacy ludzie na świecie, że po takim czasie można znaleźć kogoś normalnego tak blisko siebie, na osiedlu obok. Eh… Będą dla mnie teraz wzorem myślę że przyjaźni? związku? nie wiem sama jak to nazwać.

Nie powiem, na początku było mi ciężko w nowej sytuacji. Tym bardziej, że nie przyznała się nawet że kogoś poznała, z kimś gada. Ale teraz jest ok. Pogodziłam się z tym że ma kogoś, mnie to cieszy że jest szczęśliwa, ale jej ciężko zrozumieć że się interesuję tym co u niej słychać. Jest po prostu moją siostrą. Myślę że w prawie każdej rodzinie tak jest że rodzeństwo cieszy się ze szczęścia innych i łączy się w cierpieniu oraz wspiera jak tylko trzeba.

Niestety, ja widzę, że ona zmieniła stosunek do mnie.  Nie wiem tylko czemu. Twierdzi, że oceniam z góry. Musi zrozumieć, że ja nie chcę broń Boże dla niej źle i jestem w stanie zaakceptować kogoś kto sprawia że się czuje sobą i czuje się dobrze we własnej skórze. Cieszę się jej szczęściem. Nie umiem się pogodzić z tym, że nie potrafi mi zaufać jak dawniej, stworzył się mur przez który ciężko jest mi przebrnąć. Czuję dystans. Widzę że nie chce nawet żebym poznała M. Jak dwa światy – może ona tego tak nie odbiera, ale ja to tak widzę – jeden świat to ja, jak trzeba to pomoże, wyprowadzi Taszure, pojedzie na zakupy i drugi świat to M. Mam wrażenie że nie chce aby się złączyły w jakikolwiek sposób. Wiem, że mu wspominała że jesteśmy jak siostry, ale kto wie czemu nie chce żebyśmy się poznali. No ale cóż… jeśli to sprawi że będzie szczęśliwa to tego właśnie jej życzę. Niech spełnia marzenia i dąży do celu, ja jestem tego największym kibicem.

It’s a basic truth of the human condition that everybody lies.

The only variable is about what.

J.